Jestem pierwsza na liście oczekujących na serce. To
jednocześnie dobra i zła wiadomość. W skrócie chodzi o to, że
prawdopodobieństwo mojej śmierci jest wyższe niż kogokolwiek innego na tej
liście-tak przynajmniej wyszło z obliczeń. Nikt nie dałby się pokroić za
wygraną w podobnym konkursie. To nie miał być żart. Z drugiej strony, jeśli już
znajdzie się serce, fajnie jest być numerem jeden.
Bardzo to wszystko trudne emocjonalnie.
Zła wiadomość brzmi następująco: w tym momencie nie ma serca dla
nikogo. Nawet dla numeru jeden. Jasne, w każdej chwili może się to zmienić. Ale
teraz jest teraz. I teraz nie ma serca. Jesteście gotowi na dane statystyczne
związane z kategorią ,pilne'? W ciągu dwóch tygodni większość pacjentów na
liście umrze albo przejdzie zabieg transplantacji.
A zatem moje obecne życie wkrótce się skończy ,tak czy inaczej.
W miniony weekend wypadło jakieś święto. Jedno z tych, które wszyscy
mają w nosie, ale które stanowi dobry powód, żeby dać ludziom wolne w
poniedziałek. Dla mojej matki to był weekend pełen nerwów i poczucia winy.
Cały czas była w ruchu. Przez pełne dwa dni. Wprowadziła się do mojego
pokoju w szpitalu. Potem się wyniosła. Chodziła od łóżka do okna i z powrotem. Oberwała
zwiędłe płatki kwiatów. Poszła pospacerować po korytarzu. Wróciła.
Gdybym miała więcej energii, to zaczęłabym krzyczeć. Ale w tej chwili z
trudem oddycham, więc nie ma mowy o krzyku.
Oczywiście ją rozumiałam, jednak kiedy się denerwujemy i ktoś inny też
się denerwuje, to wolelibyśmy, żeby ten ktoś raczej pomógł nam zachować spokój.
Może to nie jest rozsądne, ale tak się właśnie dzieje. W przeciwnym razie
zdenerwowanie tej osoby potęguje nasze i staje się nieznośne. Szczególnie dla
kogoś z chorym sercem. A potem ten chwiejny system zaczyna zawodzić.
Wiem, że to nie w porządku, ale ciężko mi było nie winić matki za jej
zdenerwowanie.Za jego natężenie. Niby nie robiła niczego specjalnego, lecz
wypełnia sobą cały pokój, cały cholerny świat.
No dobra. Muszę teraz uczciwie wyjaśnić, dlaczego ten weekend okazał
się dla niej taki trudny. W takie dni na drogach ginie więcej ludzi. Statystyki
mówią wyraźnie, że ktoś prawie zawsze umiera.
Oto powód zdenerwowania mamy. Bała się, że nikt nie zginie. Albo, co
gorsza, że ktoś zginie, ale nie znajdą przy nim oświadczenia. Albo, że rodzina
będzie miała opory i zdecyduje się pochować krewnego w jednym kawałku.
Takie myśli doprowadzają mamę do obłędu.
Jest jeszcze coś. Coś, o czym wiem chyba tylko ja. Tajemnicza przyczyna
jej poczucia winy: bo może ktoś jednak umrze. Jakaś część mamy miała nadzieję, że
ktoś umrze.
Tamtego weekendu nikt nie umarł.
Chyba podchodzę do tego inaczej niż inni ludzie. I chyba moje podejście
jest dobre, a ich-złe.
niezbyt często tak mowie. Nie lubię się wymądrzać i nie należę do osób,
które sądzą, że zawsze mają rację. Po prostu wiem, że mam rację w tej
konkretnej sprawie.
Powód jest następujący, moim zdaniem całkiem niezły: powiedzmy, że nie
chodzi tu o śmierć, tylko o górę albo drzewo.
Właśnie. Powiedzmy, że chodzi o drzewo.
Stoję pod nim. Tak blisko, że mogę dotknąć kory. A wy wszyscy
znajdujecie się kilka kilometrów dalej i patrzycie przez lornetkę z zamglonymi
szkłami.
Zadam wam teraz pytanie .Kto wie więcej o tym drzewie?
Co myślę o śmierci? Moim zdaniem nie chodzi o to, że się jest, a potem
już nie. Chodzi o to, gdzie się jest, nie o to, czy się jest.
Na przykład ja. Leżę sobie na szpitalnym łóżku. Niedługo umrę. Chyba że
ktoś młody i zdrowy zginie nagle w wypadku i da mi serce, i to serce zostanie
tu szybko przetransportowane. Tylko że nie ma już na to wszystko specjalnie
dużo czasu. Na razie leżę i tracę siły. Jak przygasające światło. W końcu w
ogóle nie będzie go widać. Może nastąpi krótki błysk. A potem już nic. Ciemność.
Mama rozpłacze się i powie: ,,Już po wszystkim, odeszła. Nie ma już
Shannon.''
Ale gdzieś, w jakimś innym, bardzo innym miejscu, pojawi się światełko
i ktoś powie: ,,Patrzcie. Co to jest? Nowy człowiek”. I pewnie wszyscy ogromnie
się ucieszą.
Może ten nowy człowiek nie do końca będzie Shannon. Na pewno nie dosłownie.
I na pewno nie będzie taki chudy jak ja. Ale to będę ja.
Ciągle będę, chociaż inna, niż możecie sobie wyobrazić.
Z tym da się żyć, prawda?
A moja mama nie umie.
To nawet nie był wolny dzień. Zwykły wieczór w środku tygodnia. Jakaś
dziewczyna zjechała z drogi.
Mało o niej wiem. Tylko to, co powiedziała mi mama. Ze nazywała się
Eleanor Calder i że mówili na nią El. Miała dwadzieścia lat.
Wypadek wydarzył się niedaleko stąd. W Londynie. Godzina jazdy
samochodem, choć pewnie nie tak przewozi się serca.
Chciałam się zapytać czy, tamta kobieta miała chłopaka, narzeczonego
albo nawet dzieci, ale się bałam. Mama podchodzi do takich rzeczy bardzo
emocjonalnie. Kiedy informowała mnie o sercu ,wydawała się przeszczęśliwa. Ktoś,
kto nie zna mojej mamy, mógłby pomyśleć, że nie posiada się z radości.
Ale ja znam ją na wylot. I wiem, że cieszyła się bardzo. To tak jak
wtedy, kiedy matka widzi dziecko wygłupiające się z kuzynami i pękające ze
śmiechu i mówi: ,,Teraz się cieszysz, ale za moment ktoś tu będzie płakał''. Bo
to się zdarza, kiedy ludzie są nadmiernie pobudzeni.
Granica między dzika radością a katastrofą jest bardzo cienka.
Ja to wiem tylko z obserwacji zabaw kuzynów. Mnie nigdy nie było wolno
się ekscytować. Ciekawe, czy to się zmieni, kiedy dostanę nowe serce. Może już
zawsze będę raczej spokojna, po prostu z przyzwyczajenia.
Tak czy inaczej, jeszcze go nie mam i w tej chwili na pewno nie
powinnam się ekscytować. Poza tym przez mamę jestem trochę zmęczona. To znaczy
bardzo zmęczona. Na szczęście przyszła moja pani kardiochirurg, doktor Vasquez.
Pogratulowała mi, powiedziała, że bardzo się cieszy, i wyjaśniła mamie, że
teraz muszę odpocząć,
Dzięki temu mam trochę czasu dla siebie. A jednocześnie wyobrażam sobie
mamę podskakującą na korytarzu najciszej, jak się da.
Mamę dręczy poczucie winy.
Nie przyzna się do tego, ale ja wiem swoje. Naprawdę nieźle ją znam.
Wini się za swoją radość. Uważa, że nie powinna się tak cieszyć z
czyjejś śmierci. Ciągle mówi, że żałuje tamtej kobiety, ale że na szczęście jej
rodzina zdecydowała się przekazać serce do transplantacji.
To nie jest do końca prawda i stąd wyrzuty sumienia.
Nie znała Eleanor Calder. Zna mnie.
Kiedy ktoś umiera, chyba powinno nam być smutno. To znaczy, jeśli się
nie wierzy w moją teorie ze światełkiem. A jeśli smuci nas czyjaś śmierć, to
pewnie powinna nas smucić każda śmierć. Nawet jeśli kogoś nie znamy, powinno
nam być smutno.
Ale nigdy nie jest.
Serce niedługo tu będzie. Na razie wciąż jest w ciele tej biednej
dziewczyny utrzymywanej przy życiu przez maszyny. Mam jeszcze z półtorej
godziny ,maksymalnie dwie, jeśli dopisze mi szczęście-potem zaczną się
przygotowania do operacji. Lekarze lubią wszystko rozpoczynać z odpowiednim
wyprzedzeniem, a kiedy serce zostanie wyjęte i wysłane do nas, nie zmarnują ani
minuty.
Tak to już czasem jest. Na początku każdy dzień w szpitalu wlecze się
bez końca, a każda minuta trwa godzinę. Potem znajdują serce i wszystko dzieje
się błyskawicznie.
I mamy już rozdział 1 .Dziękujemy za komentarze pod poprzednim postem. I przepraszamy za spam, jeśli kogoś uraziliśmy. Przepraszamy również za błędy. I jeśli byście mogli i byłaby taka możliwość, proszę udostępnijcie ten blog gdzie kol wiek się da, polecajcie znajomym. Z góry dziękujemy:) -Shannon
Ps. Jeśli chcecie być informowani o nowych rozdział w komentarzach zostawiajcie nr.GG, Twitter lub cokolwiek. CZYTASZ-KOMENTUJ